📖 Z biblioteczki wędrowca

Dawno już nic Wam nie polecałem z mojej biblioteczki, więc dziś dwie kolejne książki, które właśnie skończyłem.



Pierwszą będzie "Mądrość wilków" autorstwa Eli H. Radinger. Książkę polecam wszystkim miłośnikom dzikiej przyrody. Tym, którzy wędrując na łonie natury i wciąż mają niedosyt wiedzy na jej temat i chcą zgłębiać jej tajniki bez naukowego studiowania. Autorka, która pozostawiła w pewnym etapie życia karierę prawniczą i zajęła się tym o czym naprawdę marzyła, badaniem życia wilków. Jej wieloletnie doświadczenie zdobyte podczas zajmowania się nimi zaowocowało wieloma obserwacjami, wnioskami i spostrzeżeniami, które przelała na papier i zrobiła to na swój sposób osobliwie. W książce nie znajdziemy suchych faktów i liczb, które obrazują świat tych zwierząt. Dowiemy się z niej o życiu wilków z perspektywy ludzkich cech, emocji i relacji, jak rodzina, charakter, przyjaźń, miłość, śmierć, walka o byt itd. Autorka prezentuje życie wilków pokazując i podkreślając, jak wiele ich cech i zachowań jest bliskich naszym. Podkreśla na każdym kroku mądrość wilków, konfrontując ją również z ludzkim podejściem do różnych aspektów życia. Z wielu z tych porównań wychodzą wnioski, że wielu rzeczy moglibyśmy się od wilków nauczyć, a nasze życie dzięki temu byłoby o wiele bardziej szczęśliwsze. Nie da się ukryć, że czytając tą książkę ma się wrażenie, że autorka naprawdę jest opętana miłością do tych zwierząt i wiele z jej porównań czy spostrzeżeń może wydawać się nieracjonalnych i bezsensownych. Kiedy jednak głębiej się zastanowić, to pojawiają się pytania, a książka zmusza do myślenia i przez to czyta się ją wyśmienicie i zostaje w głowie na dłużej. Oprócz tej wyjątkowej narracji jest oczywiście mnóstwo wilczych opowieści, a każda z nich wciąga naprawdę od samego początku do końca. Po lekturze, utwierdziłem się jeszcze bardziej w tym, że wilki to naprawdę mądre i potrzebne naturze zwierzęta. 



Drugą książkę, jaką polecę będzie "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć" autorstwa Beaty Sabały-Zielińskiej. O pracy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego słyszał gdzieś chyba każdy Polak, choćby w telewizji, kiedy wydarzyła się jakaś większa tragedia w Tatrach. Ta elitarna jednostka czuwająca nad bezpieczeństwem turystów w najwyższych polskich górach od 110 lat. Wszyscy, którzy byli w Tatrach na pewno spotkali się z działaniem TOPR-u, kiedy ratownicy prowadzili gdzieś jakąś akcję, np. z użyciem czerwono - białego helikoptera Sokół. Z książki dowiemy się nie tylko na temat historii tej jednostki, ale przede wszystkim poznajemy ją od środka przez wypowiedzi ludzi, którzy w TOPR czynnie służą lub służyli. Autorce udało namówić się ratowników na rozmowy, często na bardzo delikatne tematy o których sami rzadko kiedy chętnie opowiadają. Poznajemy działania tej jednostki ratowniczej od podszewki, od początku jak wygląda droga do zostania ratownikiem do etapu, kiedy zostają ci najlepsi z najlepszych. Poznajemy wiele wspomnień relacji z ich akcji na przestrzeni lat, które w części są gotowymi scenariuszami na filmy akcji a w części są rutynową, mozolną, ciężką, niewidoczną, choć potrzebną pracą. Dowiadujemy się jak formacja rozwijała się na przestrzeni lat, jak wzbogacała się w nowy sprzęt i nowe umiejętności, że dziś znajduje się w czołówce światowej tego typu jednostek i to mimo różnych problemów, zwłaszcza ciągłych braków finansowych. Dużo w tej książce pasji, determinacji, misji, miłości do gór, walki o przetrwanie swoje i innych, poświęcenia, łez, smutku, ale i śmiechu z zabawnych sytuacji i radości z dobrze wypełnionego obowiązku. Książkę mimo sporej objętości czyta się w zasadzie jednym tchem, wciąga niesamowicie i pozwala przenieść się w świat, który nam turystom jest bardzo mało znany. Po jej przeczytaniu z pewnością dwa razy zastanowicie się przed wyruszeniem na jakiś szlak w Tatrach. Będziecie mieli bowiem świadomość, ile ratownicy ryzykują, ile pracy, wysiłku kosztuje ich każda akcja. Nie dziwię się, że formacja ta od praktycznie zawsze cieszy się tak dobrą opinią i szacunkiem wśród społeczeństwa, a niemal wszystkie miłośniczki Tatr mają maślane oczy na widok ratownika w charakterystycznej czerwonej kurtce z niebieskim krzyżem na białym tle. Polecam.

📝 Górskie rozważania



   Po mojej ostatniej górskiej wędrówce nasunęły mi się różne spostrzeżenia dotyczące turystów w górach. Za każdym bowiem razem, jak jestem w górach zdumiewa mnie zachowanie wielu w nich. O ile w Beskidach, ogólnie niższych górach jeszcze próbowałem to sobie jakoś tłumaczyć, że mniej ryzyka, ale już w takich Tatrach zdawało mi się, że panuje tam na pewno zdecydowanie większy rozsądek i o wiele bardziej odpowiedzialne zachowanie ludzi udających w coby nie było najwyższe góry w Polsce. Jasne, słyszałem przez media o różnych zdarzeniach, typu szpilki czy klapki na szlaku, wzywanie TOPR, aby sprowadzili turystów spod Morskiego Oka, bo nie potrafili zejść szeroką asfaltową drogą w nocy itp., ale w głębi sądziłem, że to jedynie pojedyncze przypadki, prawdziwych Januszy i Grażyn, którzy trafiają się przecież wszędzie. Jednak co innego usłyszeć, przeczytać, obejrzeć, a co innego zobaczyć na własne oczy kretynizm, bezmyślność, nieodpowiedzialność, niepotrzebną brawurę i by można tak wymieniać dalej.

Na wstępie chcę napisać, że według mnie i zresztą nie tylko, nie ma czegoś takiego jak "łatwe góry", czy góra ma 400 m czy 3000 m i tu i tu możesz mieć wypadek, góry to nie jest naturalne środowisko dla ludzi szczególnie tych na co dzień mieszkających na nizinach. Wszędzie łatwo o poślizgnięcie, upadek, zachwianie równowagi, zagubienie w złą pogodę itd. Z wysokością zmienia się jedynie skala tych zagrożeń, zwiększa się ryzyko oraz stopień trudności przeszkód. Kiedyś chodzenie po górach było zarezerwowane dla ludzi, którzy naprawdę kochali górskie wędrówki, przemierzali z plecakiem szlaki latami, ucząc się, podnosząc sobie stopniowo poprzeczkę, z pokorą zdobywali górskie rzemiosło, wysoko w górze nie było ludzi z przypadku. Dziś zadziwia, że jest wydaje się zupełnie na odwrót. Coraz więcej osób idzie w góry w tym i te wysokie na zasadzie "o tu jeszcze nie byliśmy, tyle ludzi jeździ, wszyscy chodzą, dają radę, to my nie damy? ". Ktoś kto w życiu nie chodził po górach jedzie od razu w te najwyższe, a jak, i od razu na najtrudniejsze szlaki i szczyty, bo to przecież tylko Tatry a nie jakieś Alpy. Obejrzą w Internecie, że ktoś wszedł na Rysy w klapkach, mimo, że to był fake, to wierzą w to i obierają sobie takie cele. Zresztą jest TOPR czy GOPR wzywasz i w razie czego cię zwiozą. Będąc zaledwie 7 dni na tatrzańskich szlakach i to poza ścisłym sezonem napatrzyłem się na tyle głupoty i bezmyślności, że strach pomyśleć, co tu się dzieje w wakacje. Beztroska z jaką ludzie podchodzą do chodzenia po górach naprawdę zastanawia nad przyczynami tego zjawiska. W dobie kiedy dostęp do informacji jest tak powszechny, przekaz medialny tak szeroki, ludzie wciąż udają się w góry kompletnie nieprzygotowani, nieświadomi zagrożeń jakie mogą ich tam spotkać. W książce "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć" którą nawiasem bardzo gorąco polecam, jeden z ratowników mówi: "Sposób, w jaki Polacy rozmawiają o Tatrach, styl, w jakim je zdobywają, i wciąż niski poziom wiedzy na ich temat pokazuje, że w sumie lekceważymy nasze - jak by nie było - najwyższe góry. Oczywiście, doceniamy ich piękno i niezwykłą urodę, nie wierząc jednocześnie w ich surową bezwzględność. Wprawdzie z wypiekami na twarzy słuchamy newsów o tragicznych wypadkach i ofiarach tatrzańskich wypraw, ale nie wyciągamy z nich żadnych wniosków, o czym świadczą kolejne dramaty, bliźniaczo podobne do tych, o których mówiono zaledwie wczoraj. Bliskość Tatr i inwazja na nie usypiają naszą czujność ". Przypomnę, że w Tatrach według statystyk rocznie ginie około 15 osób, a traci zdrowie przez wypadek znacznie więcej.

Jaki z tego wniosek? Że każdy turysta powinien być wyekwipowany w wysokogórski sprzęt? Uprząż, kask, czekany? Powinien być związany liną z partnerem i oczywiście powinien ukończyć kilka kursów wspinaczkowych? Oczywiście, że nie, to byłoby wręcz śmieszne i w wielu przypadkach kompletnie niepotrzebne. Od wielu lat zasady poruszania się po górskich szlakach i wytyczne są wciąż takie same, dowiedzieć się o nich można praktycznie na każdym kroku, w przewodnikach, z tablic informacyjnych przy szlakach, w ulotkach, Internecie. Przede wszystkim na pierwszym miejscu powinien stać zawsze zdrowy rozsądek, dostosowanie trasy wycieczki do swoich umiejętności, kondycji, wiedzy, warunków pogodowych, czasu jaki mamy na wędrówkę. Zabranie z sobą plecaka wyposażonego w mapę, jedzenie, wodę, ubranie, ochronę od deszczu itd. Sprawdzenie prognozy pogody i warunków na szlaku, wyjście na szlak jak najwcześniej, w razie nagłej zmiany pogody lub innych losowych zdarzeń zawrócenie do dołu. Przestudiowanie przebiegu szlaku jeszcze w domu, czy będzie odpowiedni dla wszystkich członków wycieczki. Zgłoszenie swojej trasy na noclegu, aby w razie czego było wiadomo gdzie nas szukać. Przede wszystkim jednak rozwaga, pokora, rozsądek. Góry nie rozpłyną się, będą tu stały za rok i za dwa i za 100 lat. Poza tym jeśli ktoś chce chodzić po górach, to moim zdaniem powinien zacząć od tych łatwiejszych i stopniowo w miarę podnoszenia swoich umiejętności i wiedzy porywać się na coraz trudniejsze szlaki. Ja 3 lata temu zacząłem wiecie od jakiego szczytu? Od Łysicy w Górach Świętokrzyskich, całe 614 m i bardzo miło wspominam tą wędrówkę. Mówię tu oczywiście o takiej wędrówce, kiedy od początku do końca byłem jej organizatorem, sam nawigowałem, sam ją zaplanowałem, nie o takiej gdzie idę sobie w grupce znajomych i gdzie ktoś prowadzi mnie za rączkę. Kiedy wiem, że jeśli zostanę sam będę potrafił sobie poradzić.

W ciągu ostatnich 3 lat byłem na dłuższych i krótszych wyjazdach głównie w Beskidach a w tym roku pierwszy raz na indywidualnej 7-dniowej wędrówce w Tatrach i powiem Wam, że wciąż niewiele wiem tak naprawdę. Co nie zmienia faktu, że z każdym wyjazdem zdobywam coraz więcej wiedzy i umiejętności, co potem pożytkuję w praktyce. Góry to synonim wolności i będę ostatnim, który będzie chciał narzucać komuś jak ma po nich chodzić. Nie rozumiem jednak np. ludzi, którzy będąc pierwszy raz w Tatrach, nie dotykając w życiu rękoma skały, nie mając do czynienia wcześniej z poruszaniem się za pomocą ułatwień takich jak łańcuchy czy stopnie wybierają się na choćby Rysy czy Orlą Perć. Kompletnie tego nie rozumiem i podziwiam takie osoby jedynie za szczyt bezmyślności i brawury na pewno nie odwagi. Bo ok. mimo, że nie masz kompletnie żadnego przygotowania i doświadczenia chcesz się zabić, stracić zdrowie ryzykuj, tylko, że będąc na tak wymagającym szlaku gęsto obleganym przez ludzi stwarzasz zagrożenie również dla innych, bo nie umiesz poruszać się po skale, możesz zrzucić komuś na głowę kamień (nie wiesz o tym, że tak możesz niechcący zrobić), spanikujesz na jakimś trudnym odcinku zablokowując ruch, co może spowodować, że ktoś inny będzie musiał ryzykować. Mało tego w przypadku załamania pogody, będziesz jak dziecko we mgle przestraszone i spanikowane, będziesz tylko oczekiwać ratunku narażając na ryzyko ekipę ratowników, bo oni będą musieli Ci pomóc. Tak wiem, pewnie będzie to 1 przypadek na 100, bo z dużą dozą prawdopodobieństwa, mimo zesrania w spodnie i skrajnego wycieńczenia większości z tych "wspinaczy" "uda się" wejść a nawet zejść i potem pochwalić zdjęciem na Facebooku. Obejrzą to znajomi i stwierdzą, że skoro Tomek dał radę, to ja nie dam? I kolejne żółtodzioby jadą zdobywać "łatwy szczyt". Niestety na zatłoczonych szlakach stwierdzam, że największe zagrożenie stanowią właśnie ludzie, nie trudności. Często miałem wrażenie, że ludzie idący na szlak kompletnie nie mieli pojęcia na co się porywają, nie wiedzą kompletnie gdzie idą. Często słyszałem podczas wędrówki "zabiję cię za to, że mnie tu zaciągnąłeś", "miało być tak łatwo", "ale tu zimno", "ale tu ślisko", "nie dam już rady", "Czy dobrze idziemy?, chyba to nie ten szlak". Już pierwszego dnia wędrówki kiedy wchodziłem m.in. na Nosal, kiedy po trzech dniach intensywnych opadów szlaki były cholernie mokre i śliskie, a tu widzę kobietę w adidaskach, ale to jeszcze nic, ona na plecach wnosi malutkie dziecko, ślizga się po tej skale jak na lodowisku, ale prze dalej, bo przecież musi wejść. Miałem co najmniej kilka sytuacji, gdzie ludzie dochodzili do wydawałoby się niedużych trudności i blokowali szlak bo nie spodziewali się, że trzeba będzie gdzieś te kilka metrów się wspiąć lub zejść po skale, stali na krawędzi i dywagowali, co robić. Innym razem idąc wąskim szlakiem w wężyku turystów mimochodem słucham paplaniny pań idących za mną. Jedna z nich z wyraźna podnietą w głosie opowiada koleżance " wiesz, no słuchaj wczoraj Beatka miała niegroźny upadek, ślisko było a ona w tych swoich pantofelkach i upadła, ale nic się jej nie stało tylko noga jej bolała i wezwaliśmy TOPR i słuchaj przylecieli, zabrali ją i potem taka zadowolona opowiadała, że miała darmowy rejs nad Tatrami i jeszcze kielicha dostała na rozgrzanie, także jak coś by się działo nie zastanawiaj się i dzwoń od razu po nich". Gość przede mną westchną tylko i głośno powiedział w próżnię, "no tak TOPR jest do wożenia turystów". Trudno ten szczyt głupoty nawet komentować. Po co uważać, po co się przygotowywać? Przecież i tak nas ktoś uratuje, szkoda tylko, że przez naszą głupotę, ktoś kto naprawdę będzie akurat potrzebował tej pomocy nie dostanie jej na czas. Każdemu może zdarzyć się wypadek uniemożliwiający dalszą wędrówkę czy bezpieczne zejście, ale skoro sam TOPR mówi, że większość tych sytuacji wynika z głupoty i nieodpowiedzialności ludzi, to coś to znaczy. Polecam Wam naprawdę lekturę wspomnianej wcześniej książki, wiele opisanych w niej akcji wprawia na zmianę w zachwyt, zdumienie, śmiech i politowanie. 

Najgroźniejszą sytuację miałem ostatniego dnia wędrówki, podczas podejścia na Małołączniak w Kobylarzowym Żlebie. Jest tam około 12 metrowy odcinek łańcuchów wprowadzających dość stromym podejściem po wyślizganych płytach, w tym dniu jeszcze bardziej śliskich przez wodę spływającą po nich. Jak zwykle w takich miejscach stworzył się korek. Czekam na swoją kolej w kolejce do łańcuchów, przede mną idzie matka z dziewczynką około 7-8 lat na moje oko, za mną idzie jej mąż z trochę starszym synem. Matka idzie pierwsza, za nią córka i ja za nimi. Widzę jednak, że młoda ewidentnie się boi i nie chce wchodzić i ja się jej nie dziwię, sam miałem lekkiego stracha, skała naprawdę była śliska i trzeba było się praktycznie wciągać po łańcuchach, przynajmniej z moimi umiejętnościami. Matka jednak tłumaczy córce, że musimy iść, że nie będziemy się już taki kawał wracać no i krok po kroku w żółwim tempie posuwamy się do góry, jednak kiedy trzeba zmienić płytę i kolejny łańcuch skręcając lekko w prawo dziewczynka utyka i zaczyna płakać w panice. Ja stoję nie wiem co robić, zejść się nie da, bo już za mną sznurek wchodzących, chcąc obejść nią musiałbym mocno ryzykować a nie czuję się tak pewnie na tej mokre gładkiej skale i stoję. Na zmianę z matką próbujemy wskazywać młodej gdzie ma stanąć, ale ona ani drgnie, ojciec za mną chce mnie ominąć i jej pomóc, ale widzę, że mimo próby nie ma też odwagi tego zrobić i tak tkwimy a na dodatek od dołu sunie gęsta chmura wprost na nas, kiedy dojdzie do nas nie dość, że ta cała woda może stworzyć na skale cienką warstwę lodu to jeszcze nic nie będzie widać. Szybko decyduję się zaryzykować, puszczam łańcuch i próbuję łukiem obejść małą, powoli podchodzę łapiąc się gdzie się da, jakimś cudem udaje mi się wejść nad nią, jej ojciec dochodzi do małej od dołu i ją ubezpiecza a ja delikatnie pomagam jej się wciągnąć po łańcuchu wisząc praktycznie w powietrzu, w końcu młodej udaje się podciągnąć na tyle, że przejmuje ją matka będąca już na krawędzi żlebu, ja cofam się i puszczam przodem ojca z synem. Kiedy przeszli, chciałem wrócić do łańcuchów i wejść już z zabezpieczeniem, bo tu w każdej chwili mogłem odpaść. Robię pierwszy krok, a tu koło mnie wyłania się panienka z dołu zdziwiona moją obecnością i pytaniem "pan do góry?", a ja myślałem, że szlag mnie trafi w tym momencie, od razu przypomniał mi się kadr z windą w Nic Śmiesznego, aż chciałem jej odpowiedzieć "nieee w boook", ale widzę, że też spanikowana, to mówią idź już stojąc w rozkroku nad przepaścią. Kiedy się wdrapała dopiero udało mi się wgramolić do łańcucha i wspiąć ostatnie kilka metrów, akurat jak zrobiło się dookoła biało. Jaki z tego morał? Taki o jakim już wspominałem, zagrożenie na szlakach stwarzają nie przeszkody a ludzie na nich, przez nieodpowiedzialność i głupotę kogoś (w tym przypadku nieodpowiedzialnej matki) musiałem ryzykować swoje zdrowie a może i życie, bo musiałem zrobić coś czego normalne nigdy bym nie zrobił ze względu na brak wystarczających umiejętności do takiej ekwilibrystyki w skale. Mam wrażenie, że duża część takich ludzi idzie w góry wysokie, jakby szli na niedzielny słoneczny spacer do parku, kompletni nieświadomi w co się pchają, mało tego świadomie ryzykują życie członków swojej rodziny, ale i innych ludzi ,dla mnie to chore. Jeśli ktoś nie ma kompletnie żadnego doświadczenia w chodzeniu po górach a chce tylko pospacerować i pooglądać ładne widoki w relaksie z rodziną, to niech jedzie nad morze.

🗻 Tatrzańskie wędrówki dzień 6 - Dolina Białego i Dolina Strążyska

Szósty dzień górskiej wędrówki, jak te dni szybko poleciały. Mój codzienny rytm jest tu prosty. Wczesna pobudka, szybkie śniadanie, pakowanie plecaka i w góry. Powrót na nocleg, prysznic, kolacja, pranko, sesja z mapą, zrzucenie zdjęć na komputer i spanie. Każdy dzień staram się wykorzystywać do cna, jak zawsze. Robię to z tym większą satysfakcją, że co dzień budzi mnie piękne słońce, które towarzyszy mi niemal przez cały czas, pogoda jest iście letnia. Po trzech ostatnich dniach, pokonując codziennie po przeszło 20 km górskimi szlakami, czuję już zmęczenie. Szósty dzień postanowiłem więc spędzić na spokojnej, niewymagającej wędrówce łatwymi szlakami niedaleko od mojego noclegu, a że moje położenie w stosunku do ilości szlaków było naprawdę wyborne, to plan na dzień ułożyłem w 10 minut. Wędrówkę rozpocząłem od znanej mi już Drogi pod Reglami. Moim pierwszym celem była krótka trasa do Doliny za Bramką. Dwukilometrowa dolinka którą tworzą zbocza zbudowane z wapieni i dolomitów przypominające romantyczny park skalny. Dnem płynie potok, który spada co chwilę kaskadą. Na stokach rośnie las mieszany z udziałem sosny i buka. Na drodze przechodzi się przez kilka charakterystycznych skalnych bramek, od których nazwę wzięła dolina. Moją uwagę prócz nich zwracają u góry również fantazyjne formy skalne w formie kolumn, grzybków i innych tworów. Jest cieniście, cicho, nikogo nie ma, pełen relaks. Szlak się szybko kończy i wracam tą samą drogę z powrotem na Drogę pod Reglami. Idę nią dalej na wschód i po około 20 minutach znowu odbijam na krótki szlak tym razem w Dolinkę ku Dziurze, tak się bowiem oryginalnie ona nazywa. Dolinka wcina się w północne stoki Sarniej Skały i ma 1,6 km długości. Idę nią przez piękny zacieniony las bukowy łagodną ścieżką, by w końcowym fragmencie kilkoma podejściami dojść do owej dziury, czyli jaskini. Na szlaku spotykam ok. 10 osób, czyli tyle co w zasadzie nic. Jaskinia ma 180,5 m powierzchni ciągów i 43 m deniwelacji. Zapalam czołówkę i wchodzę do niej, robi się od razu zimno i bardzo wilgotno. Zaraz po wejściu u góry (ok. 20 m) spostrzegam okno skalne przez które wpada trochę światła, robi to niesamowity klimat. Główna komora znajduje się dalej, aby do niej dotrzeć ostrożnie schodzę po kamieniach w dół. Wszędzie woda, wilgoć i cholerny ziąb, długo tu więc nie zabawiam. Wracam tą samą trasą do Drogi pod Reglami. Idę dalej tym szlakiem aż dochodzę do skrzyżowania dróg. Wybieram szlak koloru żółtego biegnący przez Dolinę Białego. Kupuję bilet w budce do TPR i mogę ruszać. Droga wprowadza w skalisty jar, który u stóp tzw. Kazalnicy ścieśnia się w wąwóz zwany Kotły lub Kotliny. Idę brzegiem Białego Potoku mijając ciąg kaskad i wodospadów. Pierwszy odcinek kończy właśnie jeden z nich, piękny wielostopniowy wodospad. Dalej zaczynam podejście przez las na siodełko (1176 m) i dalej dolomitowym stokiem Igły (1207 m). Szlak dochodzi do Ścieżki nad Reglami. Ta prowadzi mnie dalej w kierunku Czerwonej Przełęczy (1303 m), wspinam się po dość wygodnej kamienistej ścieżce, tyle że strasznie śliskiej przez mokrą czerwoną ziemię przypominającą glinę, której kolor wynika podobno przez zalegające tu czerwone łupki kajpru. Stąd odbijam na krótkie odgałęzienie szlaku prowadzące na szczyt Sarniej Skały (1376 m), najwyższej góry na jaką wejdę tego dnia. Podejście nie jest długie, ale jest strome a w ostatnim fragmencie wymaga nawet użycia rąk. Na szczycie wdrapuję się na najwyższą skałkę i podziwiam widoki m.in. na ściany Giewontu, Suchy Wierch oraz Zakopane i Podhale. Wracam na główny szlak i stromym kamienistym zejściem schodzę aż do Polany Strążyskiej. Od teraz będę wędrował w dół czerwonym szlakiem Doliną Strążyską. Nazwa doliny pochodzi od słowa strąga, co oznacza zagrodę do dojenia owiec. Na polanie spotykam więcej turystów. Stoją tu dwa odbudowane szałasy oraz zabytkowy (1926 r.) drewniany bufet w którym można kupić napoje i desery. Z polany doskonale widać urwiska północnej ściany Giewontu liczące 500-600 metrów wysokości. Doliną schodzę aż do Drogi pod Reglami zataczając do pełna dzisiejsze kółko. Pozostało mi wrócić na nocleg, po drodze zatrzymuję się jeszcze przy jednej z bacówek, aby kupić oscypki, chwilę zagaduję się też z bacą, jest przyjemny wczesny wieczór. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na koniec wędrówki spojrzałem na zegarek, który pokazywał blisko 20 km. Nie spodziewałem się, że aż tyle kilometrów dziś zrobię. Miał być czysty relaks i tak właśnie było. Oprócz wejścia na Sarnią, to był w zasadzie prosty i łatwy spacerek, kojący trudy poprzednich dni. I jak nie kochać gór? Po sześciu dniach czuję się już w pewien sposób zespolony z tym krajobrazem, z tymi widokami, trudnościami, adrenaliną i klimatem. Czuję się tu naprawdę wolny, niezajęty tym co trapi, co dokucza, mam czas na napawanie się urokami wszystkiego dookoła, ale i na odbudowanie wewnętrznego spokoju. To są zawsze bezcenne chwile warte każdej kropli potu i każdej złotówki.














🗻Tatrzańskie wędrówki dzień 5 - Dolina Roztoki, Dolina Pięciu Stawów, Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami

Piątego dnia wędrówki zdecydowałem się wybrać w najbardziej chyba znane miejsca Tatr Wysokich. Z Zakopanego do Palenicy Białczańskiej dojechałem najwcześniejszym autobusem jaki był, niestety we wrześniu pierwszy odjeżdża dopiero o 7:40. Dlatego wyruszyłem przed 9:00, kiedy powinienem już być przynajmniej przy Morskim Oku, aby móc zdecydować się na jakiś ambitniejszy szlak. Jednak nie ma tego złego, zaplanowałem sobie dzień tak, aby wykorzystać czas do wieczora jak najbardziej się da z tym co mam. Początek trasy wiódł chyba znaną wszystkim asfaltówką pod schronisko nad Morskim Okiem. Po przebyciu 1/3 tej drogi odbijam z niej i wchodzę zaraz za Wodogrzmotoami Mickiewicza na zielony szlak który wiedzie wzdłuż Potoku Roztoka. Kamienista droga wznosi się stosunkowo łagodnie i w zasadzie w dużej części idzie się po płaskim. Przez 2/3 szlaku idę przez piękny stary las. Przechodzę wpierw przez most na potoku (1166 m n.p.m) a dalej przez strumyk Dobra Woda i równienkę Dudniąca Ziem. Z niej otwiera się pierwszy widok na Tatry Wysokie m.in. urwisko Orlej Perci. Przechodzę przez polanę Nowa Roztoka (1290 - 1310 m) oraz po dwóch mostach na potoku i pnę się ostro w górę. W pewnym momencie kończy się linia lasu, zaznaczona przez lawiny jak od linijki. Z lewej strony spostrzegam trójkątną ścianę Świstówki (1763 m). Krajobraz robi się z minuty na minutę coraz bardziej majestatyczny. Roztoka płynie teraz przez piętro kosodrzewiny i spada wieloma kaskadami. Dochodzę do skrzyżowania szlaków, ja podążam dalej tym koloru zielonego w kierunku Litworowego Żlebu. Dalej mijam Bacową Wantę w formie płaskiego głazu. Przede mną rozpościera się zapierający dech widok na skalisty żleb na Krzyżnym, po prawej natomiast na podciętą urwiskami Dolinkę Buczynową z której spada nieduży wodospad Siklawica Buczynowska. W końcu dochodzę pod największy wodospad Tatr Wielką Siklawę (70 m), przy którym chyba każdy turysta tatrzański ma zdjęcie. Widok za każdym razem zachwyca. Idzie się jak do tej pory wybornie, łatwe podejścia, ładne widoki, ludzi umiarkowanie dużo, ale nie na tyle, aby zohydzić klimat wędrówki. Obchodzę wodospad z lewej strony po dużych kamieniach i głazach wspinając się na krawędź Doliny Pięciu Stawów. Po wejściu po krótkim podejściu dochodzę do Małego Stawu, gdzie znajduje się rozgałęzienie szlaków. Pogoda fantastyczna i widoki arcy smaczne. Za niebieskimi szlakami docieram do schroniska położonego nad brzegiem Przedniego Stawu. Tu chwila na posilenie się i na podziwianie górskich krajobrazów. 20 minut później idę już dalej niebieskim szlakiem w kierunku Morskiego Oka. Idzie się wygodnie w górę po kamiennych stopniach wśród kosodrzewiny. W kilku momentach nudę urozmaica mi przechodzenie po olbrzymich granitowych głazach zasypujących kotliny. Podejście jest coraz bardziej strome, idę teraz w kierunku Kopy (ok.1855 m) przechodząc obok Świstówki (1763 m). Czym wspinam się wyżej, za każdym odwróceniem się za siebie oglądam w dole fantastyczną panoramę na Dolinę Pięciu Stawu. Z każdym metrem w górę widok robi się coraz bardziej rozległy. Przechodzę grzbietem Kopy i schodzę już w kocioł polodowcowy Doliny Świstówki (1706 m), stąd znowu do góry przez grzbiet Opalonego do równi zwanej Wolarnią. Z równi rozpościera się kolejny majestatyczny widok na dolinę Morskiego Oka, gra światła, zacieniony kocioł, istna magia. Schodzę dalej, droga jest stosunkowo łatwa, jednak bardzo kamienista i stroma oraz oczywiście śliska, raz upadam na tyłek i raz przez nieuwagę niebezpiecznie ślizgam się stopą i tylko dzięki podparciu kijkiem nie skręcam kostki, największy impet idzie w kijek, na szczęście tylko naciągnąłem ścięgna, mogę iść dalej, jednak zdecydowanie zwalniam - aby nie kusić więcej losu. Dochodzę do owianego złą sławą Głębokiego Żlebu zwanego Żlebem Żandarmerii. Nie ma na nim ubezpieczeń, skała jest zbyt krucha, trzeba go przejść w poprzek, co się jednak okazuje nie jest ani trudne, ani straszne. Mówiąc szczerze, kiedy przeszedłem ten żleb nawet nie wiedziałem, że to było te utrudnienie, ciągle czekałem, kiedy to będzie a się okazało, że już go dawno przeszedłem. Ok. skała była mokra, żleb długi, ale nie jakoś strasznie szeroki ani całkiem pionowy. Zdjęcia i komentarze ludzi prawie zawsze wyolbrzymiają różne przeszkody, mijałem zdecydowanie większe, które z kolei nie były w ogóle nigdzie opisane, ale może to kwestia indywidualna, co dla kogo jest trudne. Został mi stromy odcinek zejścia przez las aż do drogi prowadzącej pod Morskie Oko. Po 5 minutach idąc nią docieram pod chyba najbardziej znane schronisko w Polsce. Pod nim zastaję oczywiście dzikie tłumy, jest około godziny 14:00. Tu myślę, co dalej, trochę mam już km za sobą, do Palenicy 8 km, zajmie mi to ok. 2 h, pogoda piękna, postanawiam więc mimo zmęczenia podejść jeszcze pod Czarny Staw pod Rysami, może tam będzie mniej gwarnie i w spokoju zjem prowiant. Rusza więc wzdłuż brzegu Morskiego czerwonym szlakiem na Rysy i po ok. 20 minutach zaczynam stromą wspinaczkę nad Czarny Staw (1583 m), zmęczenie daje mi już w kość, podejście robi się trudne, muszę co 10 -15 kroków przystanąć na dwa oddechy, trochę boli też mnie stopa, którą wcześniej naciągnąłem, prę jednak do góry. Choć zajęło mi to dłużej niż wskazywał znak, to w końcu docieram do celu. Tu zdecydowanie luźniej, siadam na jednym z głazów, wyciągam żarcie i posilając się podziwiam krajobraz Morskiego Oka w dole. Po 0,5 h odpoczynku czas w dół, schodzę tą samą drogą aż do Morskiego Oka. Przy schronisku łyk wody i dalej ostatnie 8 km asfaltówką do Palenicy, droga ta ciągnęła się w nieskończoność. Kiedy dotarłem na parking było po godzinie 18:00. Tego dnia zrobiłem 24 km i że był to już 5 dzień, zmęczenie nie powiem trochę już czułem i wiedziałem, że w kolejny dzień muszę trochę zluzować bo się zajadę, ale o tym co było szóstego dnia następnym razem.
























🗻Tatrzańskie wędrówki dzień 4 Dolina Kościeliska, Dolina Lejowa i Dolina Chochołowska

Czwarty dzień wędrówki rozpocząłem zaraz po tym jak zapiał kur. Wystartowałem z Kir znanym szlakiem przez Dolinę Kościeliską (kolor zielony), by po 20 minutach skręcić na czarny Ścieżkę nad Reglami. Przed wejściem wisiała informacja, że na szlaku jest bardzo dużo błota w związku z prowadzoną w okolicy wycinką. Lekko mnie to zaskoczyło, miałem na nogach na ten dzień lekkie buty, aby ze względu na raczej spokojny charakter dróg zyskać na szybkości. Postanowiłem jednak zaryzykować i najwyżej zawrócić, jeśli przejście suchą nogą nie będzie możliwe. Ostrzeżenie okazało się, że nie było na wyrost, choć z początku podczas podejścia błota było troszeczkę, to potem na rozjeżdżonych przez maszyny drogach i wodzie spływającej na nie ze strumieni, błota było nad wyraz dużo. Parłem jednak do przodu, omijałem co się da, przeskakując, przechodząc potoczki przez zwalone pnie i tak metr za metrem posuwałem się do przodu i szczęśliwie nie zaznałem ani razu błotnej kąpieli. Szlak ten nie jest ogólnie tak popularny, a jeszcze przez te ostrzeżenie o błocie stał się w zasadzie bezludny. Przez ponad 2 godziny spotkałem jakieś 5 osób. Mogę go szczerze polecić, jest bardzo urozmaicony a krajobrazy z niego znakomite. Idzie się przez las i polany, otwierają się co chwilę widoki na góry i doliny. Cisza, spokój, śpiew ptaków, dzwonki pasących się owiec, to były fantastyczne przeżycia. Czarnym szlakiem zszedłem do Doliny Chochołowskiej wprost na kolejny popularny szlak, równiutki, że można go przejść w klapkach. Tu spotkałem już oczywiście sporo turystów. Ja jednak po 20 minutach skręciłem na kolejny szlak, tym razem koloru żółtego, który biegnie wzdłuż Iwanickiego Potoku. Pierwsza część szlaku prowadziła znów po terenie gdzie prowadzona była wycinka, czyli było kolejne starcie z błotem. Na szczęście odcinek ten nie był zbyt długi. Zacząłem się wspinać w kierunku Iwanickiej Przełęczy (1459 m n.p.m.). Szlak był znów praktycznie pusty a niezwykle ciekawy. Stosunkowo łagodne podejście wąską ścieżką, która co raz przebiegała przez potok lub strumień. W pewnym momencie szedłem przez wysokie zarośla w których ścieżka praktycznie znika, ułatwieniem są tyczki ze znakami, bez nich nie dałoby się zlokalizować właściwej drogi. Przez chwilę miałem też myśl, że to idealne warunki do ukrywania się dla niedźwiedzi, dlatego co chwilę mówiłem głośniej, cześć misiek, cześć misiek!, aby go przypadkiem nie zaskoczyć. Szlak zaczął piąć się ostro w górę i wchodził znowu w las. Był to chyba najbardziej wyczerpujący odcinek. Z przełęczy tym samym szlakiem zszedłem aż do Schroniska PTTK na Hali Ornak. Pod schroniskiem tłumy, wziąłem zimne piwo i na trawkę na krótki popas. Spod schroniska ruszyłem na ten sam szlak od którego rozpocząłem wędrówkę przez Dolinę Kościeliską. Wygodna ceprostrada pełna ludzi, ładne widoczki, pełen relaks. Tylko w jednym momencie zboczyłem na okrężny szlak przez Wąwóz Kraków. Bardzo klimatyczne miejsce, wysokie ściany obrosłe zielenią, środkiem spływająca woda po kamieniach (jeśli padało). Po ok. 200 metrach od wejścia na szlak dochodzi się do drabinki, od tego momentu szlak robi się jednokierunkowy. Drabinka jak drabinka, wchodzi się po szczebelkach, na końcu niej trzeba jednak jeszcze pokonać kilkanaście metrów pionowej ściany, pomocne są łańcuchy, które ubezpieczają newralgiczne miejsca, skała była bardzo mokra, a lufcik spory, więc z przyjemnością z nich korzystałem. Wyszedłem na półkę skalną a z niej wszedłem w czeluści niewielkiej jaskini przez którą przechodzi szlak. Czołówka na głowę i do przodu, a raczej do góry. Przejście przez jaskinię jest krótkie, ale trzeba się wspinać do przeciwległego wyjścia, pomocne są znowu łańcuchy i dodatkowo metalowe stopnie, woda leje się zewsząd, było więc ślisko jak cholera. Po wyjściu z jaskini wracałem już spokojnym zejściem z powrotem na zielony szlak. Ten doprowadził mnie do punktu startu. Razem czwartego dnia wyszło mi ok. 22 km. Fajna urozmaicona wędrówka, może bez szaleństw wspinaczkowych, ale jak się okazało trasa bardziej wymagająca niż mi się wydawało podczas jej układania. Po ostrej wędrówce poprzedniego dnia, była to całościowo jednak spokojna przygoda.