Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Impresje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Impresje. Pokaż wszystkie posty

📝 Co z wędrówkami w 2020 roku?



Bieżąca sytuacja zaskoczyła większość z nas, nikt chyba nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Wraz z początkiem roku, kiedy każdy rozpisywał w głowie lub na papierze swoje wędrówkowe plany na ten rok nikt nie przewidywał takiego scenariusza. Wszyscy w ciągu ostatnich dwóch tygodni musieli całkowicie lub tymczasowo pożegnać się z zaplanowanymi celami.

Choć osobiście jestem daleki od tak czarnego scenariusza, który uniemożliwi realizację, choć części z nich, to jednak trzeba wziąć pod uwagę ograniczenia, jakie powstają lawinowo, zwłaszcza w gestii swobodnego przemieszczenia się i transportu zbiorowego. Dlatego dobrze, że wstrzymałem się z ujawnianiem swoich planów na ten sezon, bo może być i tak problem z realizacją ich części. Sytuacja jest bardzo dynamiczna i tak naprawdę nikt nie jest w stanie przewidzieć, co będzie za tydzień, za miesiąc, za pół roku. W tym momencie wskazane jest, aby póki sytuacja nie jest stabilna, wycofać się z poważniejszych wędrówek z dala od domu. Dla swojego bezpieczeństwa, rodziny i innych. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, przestrzegać wytycznych, zadbać o bezpieczeństwo swoje i innych a jest nadzieja, że epidemia w miarę szybko sama wygaśnie.

Co to jednak oznacza? Trzeba całkowicie zaprzestać wędrówek, działalności outdoorowej? Uważam, że póki nie ma zakazu wychodzenia z domu, to rozsądne podejście do tematu pozwala kontynuować nasze hobby, choć w bardziej ograniczonej formule. Przede wszystkim przed podjęciem jakiekolwiek aktywności i przed każdym wyjściem z domu, każdy z nas musi dobrze przemyśleć plan, czy nie naraża siebie, innych, czy nie stwarza potencjalnie niebezpiecznych sytuacji. Ja zalecałbym rezygnowanie z wędrówek, które wymagają przemieszczania na znaczne odległości. Zwłaszcza, jeśli konieczne jest skorzystanie z komunikacji zbiorowej. Po drugie wybierając się w teren warto wybierać takie miejsca, które są bezpieczne, cele nie wymagają podjęcia dużego ryzyka, aby nie było konieczne wzywanie pomocy, bo coś nam się stało podczas wędrówki. Służby mają obecnie wystarczająco dużo do roboty. Po trzecie, jeśli wybieramy się na wędrówkę, to albo samemu, albo tylko z domownikami. Nie zabieramy z sobą znajomych, kolegów itd. Skupmy się na krótkich wypadach, które nie zmuszają nas do pozostawiania dłużej poza domem i które nie wymuszają od nas zakupu dodatkowego ekwipunku i prowiantu a tym samym przebywania w centrach handlowych itd. (za chwilę wszystkie sklepy prócz spożywczych i aptek i tak mogą być nieczynne), radzę odpuścić teraz takie wypady.

Jeśli udajemy się w turystyczne miejsca, wybierajmy takie, które są mało popularne. Jak wspomniałem sytuacja jest dynamiczna, zamykane są Parki Narodowe, ścieżki przyrodnicze, atrakcje, zaczynają obowiązywać również zakazy wstępu w niektórych nadleśnictwach, warto śledzić na bieżąco informacje z interesującego nas terenu. Podkreślam, póki nie obowiązuje nas kwarantanna, nie ma zakazu wychodzenia z domu, róbmy to jednak z głową.

Plus tego wszystkiego jest taki, że większość z nas dzięki umiejętnościom terenowym, posiadanej wiedzy, zapleczu sprzętowym, ma ten dodatkowy atut, że w naprawdę czarnym scenariuszu nasze hobby jesteśmy w stanie wykorzystać do kwarantanny z dala od zaludnionych miejsc, oby oczywiście nie było to konieczne ;)

PS. Wędrówki działają oczywiście dalej, może dzięki częstszemu siedzeniu w domu, będzie czas na nadrobienie zaległości w pisaniu :)

📝 Górskie rozważania



   Po mojej ostatniej górskiej wędrówce nasunęły mi się różne spostrzeżenia dotyczące turystów w górach. Za każdym bowiem razem, jak jestem w górach zdumiewa mnie zachowanie wielu w nich. O ile w Beskidach, ogólnie niższych górach jeszcze próbowałem to sobie jakoś tłumaczyć, że mniej ryzyka, ale już w takich Tatrach zdawało mi się, że panuje tam na pewno zdecydowanie większy rozsądek i o wiele bardziej odpowiedzialne zachowanie ludzi udających w coby nie było najwyższe góry w Polsce. Jasne, słyszałem przez media o różnych zdarzeniach, typu szpilki czy klapki na szlaku, wzywanie TOPR, aby sprowadzili turystów spod Morskiego Oka, bo nie potrafili zejść szeroką asfaltową drogą w nocy itp., ale w głębi sądziłem, że to jedynie pojedyncze przypadki, prawdziwych Januszy i Grażyn, którzy trafiają się przecież wszędzie. Jednak co innego usłyszeć, przeczytać, obejrzeć, a co innego zobaczyć na własne oczy kretynizm, bezmyślność, nieodpowiedzialność, niepotrzebną brawurę i by można tak wymieniać dalej.

Na wstępie chcę napisać, że według mnie i zresztą nie tylko, nie ma czegoś takiego jak "łatwe góry", czy góra ma 400 m czy 3000 m i tu i tu możesz mieć wypadek, góry to nie jest naturalne środowisko dla ludzi szczególnie tych na co dzień mieszkających na nizinach. Wszędzie łatwo o poślizgnięcie, upadek, zachwianie równowagi, zagubienie w złą pogodę itd. Z wysokością zmienia się jedynie skala tych zagrożeń, zwiększa się ryzyko oraz stopień trudności przeszkód. Kiedyś chodzenie po górach było zarezerwowane dla ludzi, którzy naprawdę kochali górskie wędrówki, przemierzali z plecakiem szlaki latami, ucząc się, podnosząc sobie stopniowo poprzeczkę, z pokorą zdobywali górskie rzemiosło, wysoko w górze nie było ludzi z przypadku. Dziś zadziwia, że jest wydaje się zupełnie na odwrót. Coraz więcej osób idzie w góry w tym i te wysokie na zasadzie "o tu jeszcze nie byliśmy, tyle ludzi jeździ, wszyscy chodzą, dają radę, to my nie damy? ". Ktoś kto w życiu nie chodził po górach jedzie od razu w te najwyższe, a jak, i od razu na najtrudniejsze szlaki i szczyty, bo to przecież tylko Tatry a nie jakieś Alpy. Obejrzą w Internecie, że ktoś wszedł na Rysy w klapkach, mimo, że to był fake, to wierzą w to i obierają sobie takie cele. Zresztą jest TOPR czy GOPR wzywasz i w razie czego cię zwiozą. Będąc zaledwie 7 dni na tatrzańskich szlakach i to poza ścisłym sezonem napatrzyłem się na tyle głupoty i bezmyślności, że strach pomyśleć, co tu się dzieje w wakacje. Beztroska z jaką ludzie podchodzą do chodzenia po górach naprawdę zastanawia nad przyczynami tego zjawiska. W dobie kiedy dostęp do informacji jest tak powszechny, przekaz medialny tak szeroki, ludzie wciąż udają się w góry kompletnie nieprzygotowani, nieświadomi zagrożeń jakie mogą ich tam spotkać. W książce "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć" którą nawiasem bardzo gorąco polecam, jeden z ratowników mówi: "Sposób, w jaki Polacy rozmawiają o Tatrach, styl, w jakim je zdobywają, i wciąż niski poziom wiedzy na ich temat pokazuje, że w sumie lekceważymy nasze - jak by nie było - najwyższe góry. Oczywiście, doceniamy ich piękno i niezwykłą urodę, nie wierząc jednocześnie w ich surową bezwzględność. Wprawdzie z wypiekami na twarzy słuchamy newsów o tragicznych wypadkach i ofiarach tatrzańskich wypraw, ale nie wyciągamy z nich żadnych wniosków, o czym świadczą kolejne dramaty, bliźniaczo podobne do tych, o których mówiono zaledwie wczoraj. Bliskość Tatr i inwazja na nie usypiają naszą czujność ". Przypomnę, że w Tatrach według statystyk rocznie ginie około 15 osób, a traci zdrowie przez wypadek znacznie więcej.

Jaki z tego wniosek? Że każdy turysta powinien być wyekwipowany w wysokogórski sprzęt? Uprząż, kask, czekany? Powinien być związany liną z partnerem i oczywiście powinien ukończyć kilka kursów wspinaczkowych? Oczywiście, że nie, to byłoby wręcz śmieszne i w wielu przypadkach kompletnie niepotrzebne. Od wielu lat zasady poruszania się po górskich szlakach i wytyczne są wciąż takie same, dowiedzieć się o nich można praktycznie na każdym kroku, w przewodnikach, z tablic informacyjnych przy szlakach, w ulotkach, Internecie. Przede wszystkim na pierwszym miejscu powinien stać zawsze zdrowy rozsądek, dostosowanie trasy wycieczki do swoich umiejętności, kondycji, wiedzy, warunków pogodowych, czasu jaki mamy na wędrówkę. Zabranie z sobą plecaka wyposażonego w mapę, jedzenie, wodę, ubranie, ochronę od deszczu itd. Sprawdzenie prognozy pogody i warunków na szlaku, wyjście na szlak jak najwcześniej, w razie nagłej zmiany pogody lub innych losowych zdarzeń zawrócenie do dołu. Przestudiowanie przebiegu szlaku jeszcze w domu, czy będzie odpowiedni dla wszystkich członków wycieczki. Zgłoszenie swojej trasy na noclegu, aby w razie czego było wiadomo gdzie nas szukać. Przede wszystkim jednak rozwaga, pokora, rozsądek. Góry nie rozpłyną się, będą tu stały za rok i za dwa i za 100 lat. Poza tym jeśli ktoś chce chodzić po górach, to moim zdaniem powinien zacząć od tych łatwiejszych i stopniowo w miarę podnoszenia swoich umiejętności i wiedzy porywać się na coraz trudniejsze szlaki. Ja 3 lata temu zacząłem wiecie od jakiego szczytu? Od Łysicy w Górach Świętokrzyskich, całe 614 m i bardzo miło wspominam tą wędrówkę. Mówię tu oczywiście o takiej wędrówce, kiedy od początku do końca byłem jej organizatorem, sam nawigowałem, sam ją zaplanowałem, nie o takiej gdzie idę sobie w grupce znajomych i gdzie ktoś prowadzi mnie za rączkę. Kiedy wiem, że jeśli zostanę sam będę potrafił sobie poradzić.

W ciągu ostatnich 3 lat byłem na dłuższych i krótszych wyjazdach głównie w Beskidach a w tym roku pierwszy raz na indywidualnej 7-dniowej wędrówce w Tatrach i powiem Wam, że wciąż niewiele wiem tak naprawdę. Co nie zmienia faktu, że z każdym wyjazdem zdobywam coraz więcej wiedzy i umiejętności, co potem pożytkuję w praktyce. Góry to synonim wolności i będę ostatnim, który będzie chciał narzucać komuś jak ma po nich chodzić. Nie rozumiem jednak np. ludzi, którzy będąc pierwszy raz w Tatrach, nie dotykając w życiu rękoma skały, nie mając do czynienia wcześniej z poruszaniem się za pomocą ułatwień takich jak łańcuchy czy stopnie wybierają się na choćby Rysy czy Orlą Perć. Kompletnie tego nie rozumiem i podziwiam takie osoby jedynie za szczyt bezmyślności i brawury na pewno nie odwagi. Bo ok. mimo, że nie masz kompletnie żadnego przygotowania i doświadczenia chcesz się zabić, stracić zdrowie ryzykuj, tylko, że będąc na tak wymagającym szlaku gęsto obleganym przez ludzi stwarzasz zagrożenie również dla innych, bo nie umiesz poruszać się po skale, możesz zrzucić komuś na głowę kamień (nie wiesz o tym, że tak możesz niechcący zrobić), spanikujesz na jakimś trudnym odcinku zablokowując ruch, co może spowodować, że ktoś inny będzie musiał ryzykować. Mało tego w przypadku załamania pogody, będziesz jak dziecko we mgle przestraszone i spanikowane, będziesz tylko oczekiwać ratunku narażając na ryzyko ekipę ratowników, bo oni będą musieli Ci pomóc. Tak wiem, pewnie będzie to 1 przypadek na 100, bo z dużą dozą prawdopodobieństwa, mimo zesrania w spodnie i skrajnego wycieńczenia większości z tych "wspinaczy" "uda się" wejść a nawet zejść i potem pochwalić zdjęciem na Facebooku. Obejrzą to znajomi i stwierdzą, że skoro Tomek dał radę, to ja nie dam? I kolejne żółtodzioby jadą zdobywać "łatwy szczyt". Niestety na zatłoczonych szlakach stwierdzam, że największe zagrożenie stanowią właśnie ludzie, nie trudności. Często miałem wrażenie, że ludzie idący na szlak kompletnie nie mieli pojęcia na co się porywają, nie wiedzą kompletnie gdzie idą. Często słyszałem podczas wędrówki "zabiję cię za to, że mnie tu zaciągnąłeś", "miało być tak łatwo", "ale tu zimno", "ale tu ślisko", "nie dam już rady", "Czy dobrze idziemy?, chyba to nie ten szlak". Już pierwszego dnia wędrówki kiedy wchodziłem m.in. na Nosal, kiedy po trzech dniach intensywnych opadów szlaki były cholernie mokre i śliskie, a tu widzę kobietę w adidaskach, ale to jeszcze nic, ona na plecach wnosi malutkie dziecko, ślizga się po tej skale jak na lodowisku, ale prze dalej, bo przecież musi wejść. Miałem co najmniej kilka sytuacji, gdzie ludzie dochodzili do wydawałoby się niedużych trudności i blokowali szlak bo nie spodziewali się, że trzeba będzie gdzieś te kilka metrów się wspiąć lub zejść po skale, stali na krawędzi i dywagowali, co robić. Innym razem idąc wąskim szlakiem w wężyku turystów mimochodem słucham paplaniny pań idących za mną. Jedna z nich z wyraźna podnietą w głosie opowiada koleżance " wiesz, no słuchaj wczoraj Beatka miała niegroźny upadek, ślisko było a ona w tych swoich pantofelkach i upadła, ale nic się jej nie stało tylko noga jej bolała i wezwaliśmy TOPR i słuchaj przylecieli, zabrali ją i potem taka zadowolona opowiadała, że miała darmowy rejs nad Tatrami i jeszcze kielicha dostała na rozgrzanie, także jak coś by się działo nie zastanawiaj się i dzwoń od razu po nich". Gość przede mną westchną tylko i głośno powiedział w próżnię, "no tak TOPR jest do wożenia turystów". Trudno ten szczyt głupoty nawet komentować. Po co uważać, po co się przygotowywać? Przecież i tak nas ktoś uratuje, szkoda tylko, że przez naszą głupotę, ktoś kto naprawdę będzie akurat potrzebował tej pomocy nie dostanie jej na czas. Każdemu może zdarzyć się wypadek uniemożliwiający dalszą wędrówkę czy bezpieczne zejście, ale skoro sam TOPR mówi, że większość tych sytuacji wynika z głupoty i nieodpowiedzialności ludzi, to coś to znaczy. Polecam Wam naprawdę lekturę wspomnianej wcześniej książki, wiele opisanych w niej akcji wprawia na zmianę w zachwyt, zdumienie, śmiech i politowanie. 

Najgroźniejszą sytuację miałem ostatniego dnia wędrówki, podczas podejścia na Małołączniak w Kobylarzowym Żlebie. Jest tam około 12 metrowy odcinek łańcuchów wprowadzających dość stromym podejściem po wyślizganych płytach, w tym dniu jeszcze bardziej śliskich przez wodę spływającą po nich. Jak zwykle w takich miejscach stworzył się korek. Czekam na swoją kolej w kolejce do łańcuchów, przede mną idzie matka z dziewczynką około 7-8 lat na moje oko, za mną idzie jej mąż z trochę starszym synem. Matka idzie pierwsza, za nią córka i ja za nimi. Widzę jednak, że młoda ewidentnie się boi i nie chce wchodzić i ja się jej nie dziwię, sam miałem lekkiego stracha, skała naprawdę była śliska i trzeba było się praktycznie wciągać po łańcuchach, przynajmniej z moimi umiejętnościami. Matka jednak tłumaczy córce, że musimy iść, że nie będziemy się już taki kawał wracać no i krok po kroku w żółwim tempie posuwamy się do góry, jednak kiedy trzeba zmienić płytę i kolejny łańcuch skręcając lekko w prawo dziewczynka utyka i zaczyna płakać w panice. Ja stoję nie wiem co robić, zejść się nie da, bo już za mną sznurek wchodzących, chcąc obejść nią musiałbym mocno ryzykować a nie czuję się tak pewnie na tej mokre gładkiej skale i stoję. Na zmianę z matką próbujemy wskazywać młodej gdzie ma stanąć, ale ona ani drgnie, ojciec za mną chce mnie ominąć i jej pomóc, ale widzę, że mimo próby nie ma też odwagi tego zrobić i tak tkwimy a na dodatek od dołu sunie gęsta chmura wprost na nas, kiedy dojdzie do nas nie dość, że ta cała woda może stworzyć na skale cienką warstwę lodu to jeszcze nic nie będzie widać. Szybko decyduję się zaryzykować, puszczam łańcuch i próbuję łukiem obejść małą, powoli podchodzę łapiąc się gdzie się da, jakimś cudem udaje mi się wejść nad nią, jej ojciec dochodzi do małej od dołu i ją ubezpiecza a ja delikatnie pomagam jej się wciągnąć po łańcuchu wisząc praktycznie w powietrzu, w końcu młodej udaje się podciągnąć na tyle, że przejmuje ją matka będąca już na krawędzi żlebu, ja cofam się i puszczam przodem ojca z synem. Kiedy przeszli, chciałem wrócić do łańcuchów i wejść już z zabezpieczeniem, bo tu w każdej chwili mogłem odpaść. Robię pierwszy krok, a tu koło mnie wyłania się panienka z dołu zdziwiona moją obecnością i pytaniem "pan do góry?", a ja myślałem, że szlag mnie trafi w tym momencie, od razu przypomniał mi się kadr z windą w Nic Śmiesznego, aż chciałem jej odpowiedzieć "nieee w boook", ale widzę, że też spanikowana, to mówią idź już stojąc w rozkroku nad przepaścią. Kiedy się wdrapała dopiero udało mi się wgramolić do łańcucha i wspiąć ostatnie kilka metrów, akurat jak zrobiło się dookoła biało. Jaki z tego morał? Taki o jakim już wspominałem, zagrożenie na szlakach stwarzają nie przeszkody a ludzie na nich, przez nieodpowiedzialność i głupotę kogoś (w tym przypadku nieodpowiedzialnej matki) musiałem ryzykować swoje zdrowie a może i życie, bo musiałem zrobić coś czego normalne nigdy bym nie zrobił ze względu na brak wystarczających umiejętności do takiej ekwilibrystyki w skale. Mam wrażenie, że duża część takich ludzi idzie w góry wysokie, jakby szli na niedzielny słoneczny spacer do parku, kompletni nieświadomi w co się pchają, mało tego świadomie ryzykują życie członków swojej rodziny, ale i innych ludzi ,dla mnie to chore. Jeśli ktoś nie ma kompletnie żadnego doświadczenia w chodzeniu po górach a chce tylko pospacerować i pooglądać ładne widoki w relaksie z rodziną, to niech jedzie nad morze.

📝 Babcia Gatewood. Bo na wędrówkę życia nigdy nie jest za późno




W naszej świadomości istnieje takie przekonanie, że najlepsze przygody naszego życia i wszystko co w nim ciekawe wydarza się tylko za naszej młodości. Na szczęście przeczy temu wiele historii. Jedna z nich opowiada o pewnej amerykance o nazwisku Emma Rowena Gatewood, znanej bardziej jako "Babcia Gatewood". W 1955 roku Emma pewnego razu powiadomiła swoje dorosłe dzieci, że idzie na spacer po czym wróciła po roku pokonując pieszo cały szlak Apallachów (około 3500 km) z Mount Oglethorpe w Georgii do Mount Katahdin w Maine. Była pierwszą kobietą, której to się udało. Dodajmy, że kiedy startowała miała 67 lat.
Decyzję o wyruszeniu podjęła już 5 lat wcześniej, kiedy przeczytała artykuł na temat szlaku w magazynie National Geographic i zachęcona barwnym opisem terenów przez który przebiega, stwierdziła, że przejście jego nie może być takie trudne. Myślicie pewnie, że przez te pięć lat gromadziła wiedzę i potrzebny specjalistyczny sprzęt oraz trenowała, aby być jak najlepiej przygotowaną na trudy wędrówki. Nic bardziej mylnego. Wyruszyła na szlak wstając z fotela, mając na nogach zwykłe trampki Converse. Zabrała ze sobą koc, płaszcz przeciwdeszczowy, zasłonkę pryszcznicową i jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Spakowała to wszystko do zwykłej torby bawełnianej przewieszonej przez ramię.

Kiedy historia jej podróży dotarła do mediów, stała się sensacją. Pisały o niej wszystkie lokalne gazety i była sławna jeszcze przed ukończeniem szlaku. Kiedy dotarła do mety stwierdziła, że szlak nie był taki prosty, jak się jej wydawał i wymagał od niej ogromnego wysiłku.

Szlak Appalachów przeszła potem jeszcze dwukrotnie w wieku 75 i 78 lat. Na koncie miała również m.in. przejście szlaku w Oregonie (ok. 3200 km).
Kiedyś, kiedy była już znaną podróżniczką zapytano ją jako doświadczonego wędrowca, co warto według niej zabrać ze sobą na tak długie wymagające podróże. Odpowiedziała: “Zrób sobie płaszcz od deszczu, weź torbę na ramię i kup parę solidnych tenisówek. W sklepach kupisz kiełbaski, a resztę jedzenia znajdziesz po drodze w lesie”.

Jej beztroskie podejście wydawałoby się, że mogło wynikać z jej równie beztroskiego życia. Jednak i tu nie było tak, jak można by sądzić. W wieku 19 lat wyszła za mąż. Związek ten był jednak pasem jej nieszczęść. Mąż znęcał się nad nią fizycznie i wykorzystywał ją seksualnie od pierwszych dni po ślubie, aż do rozwodu po 31 latach, w 1940 roku. Emma nie mogła również narzekać na brak zajęć i nadmiar wolnego czasu. Urodziła i wychowała aż 11 dzieci. W wieku 85 lat do którego dożyła miała 24 wnuków, 30 prawnuków i jednego praprawnuka.
Babcia” Gatewood była dożywotnim członkiem National Campers and Hikers Association oraz Roanoke Appalachian Trail Club. Była również emerytowanym dyrektorem i dożywotnim członkiem Stowarzyszenia Trail Buckeye. W 2012 roku jej zdjęcie zawisło w Galerii Sław Szlaku Appalachów.

Jej historię po wielu latach zapomnienia przypomniał w 2018 New York Times, publikując artykuł na temat jej życia i dokonań. Powstał o niej również film dokumentalny pt. “Trail Magic”.

🚲"Dla niej zawsze zrobię wszystko co w mojej mocy, masz moje słowo"...


Mam w głowie zakodowane takie miejsca, które darzę szczególnym sentymentem. Do wielu z nich wracam wielokrotnie, pojawiam się w nich raz na jakiś czas, z sentymentu, ciekawości co się zmieniło. Jednym z nich jest Romanów i zespół dworski Kraszewskich. Było to pierwsze miejsce na mojej mapie wędrówek, kiedy to jako młodzian pojechałem pierwszy raz na samotny biwak w terenie. Co to było za przeżycie i jakie temu towarzyszyły emocje, dziś z perspektywy kilkunastu już lat uśmiecham się na te wspomnienia, chyba się starzeję. Był to początek moich świadomych włóczikijskich kroków. Choć miejsce nie jest jednym z najpiękniejszych w jakich byłem, ani niczym bardzo szczególnym się nie wyróżnia, to przez ten sentyment wracam tam myślami i od czasu do czasu jadę w podobną trasę sprzed lat. W każdym roku bowiem coś się zmienia w krajobrazie, otoczeniu, jednak ogólnie niezwykła atmosfera i klimat są niezmienne. I ostatnim razem magia podlaskiego krajobrazu poniosła mnie hen daleko w emocjonalną i duchową ucztę, którą nakarmiłem swoje wszystkie zmysły.

Ruszam popołudniem, jest odrobinę chłodniej, upal zelżał, wrzucam nieśpieszny bieg i ruszam na południe, po spokój, po harmonię płynącą z podlaskich lasów, pól, łąk, rzek i strumieni. Po kilkunastu kilometrach opuszczam wygodną asfaltową drogę zapuszczając się głęboko w podbialskie wsie, piaskowe dukty, laski, piaski i karaski, gdzie czas się zatrzymał, a krajobraz dobrze zakonserwował.


Przystaję na drewnianym mostku nad rzeczką Zielawa, która płynie leniwie wśród pól. Na horyzoncie bale słomy dodają widokowi sielskości . Tu płynie wszystko w zgodzie z zegarem pór roku i natury. Ruszam dalej na południe, wiaterek miło chłodzi, w oddali widzę pracujące maszyny rolnicze, co chwila przelatuje obok mnie jakiś ptaszek. Ptasia muzyka towarzyszy mi zresztą całą drogę. Przejeżdżam przez kolejne wsie i malutkie pasiołki, mijam co chwilę stare drewniane podlaskie domy, czasem pojedyncze, czasem gęsto usiane obok siebie w rządku. Jedne odnowione inne opuszczone, niszczejące. 



Tych ostatnich mi szkoda, ich los jest już w większości przesądzony, znikną one w mgnieniu oka zanim się obejrzymy. Wśród nich spotykam jeszcze takie kryte strzechą, wiele z takich domów zobaczyć można w innych częściach Polski już tylko w skansenie. U mnie na Południowym Podlasiu, to jeszcze realne przeżycie, prawdziwy wiejski krajobraz sprzed kilkudziesięciu i więcej lat, choć nie potrwa to wiecznie i tu, wiele się zmienia i następne pokolenia mogą już tego nie zobaczyć, nie zdążą. 


Jadę znów polną drogą, trawy okalające ją przyjemnie głaszczą mnie po nogach. Słońce coraz niżej, temperatura coraz przyjemniejsza, zmierzam przed siebie napawając się klimatem i chwilą. Dzień w czerwcu jest przecież tak długi, nie mam się po co śpieszyć. Spokojnym tempem dojeżdżam do granicy lasu przed Romanowem i rozglądam się za dziczą i przystanią na dzisiejszą noc. Po kwadransie znajduję wspaniałą małą polankę niepozbawioną całkowicie drzew. Podoba mi się od pierwszego spojrzenia. Rozkładam w mgnieniu oka obóz, kiedy zasiadam do gotowania, akurat ładnie zachodzi za linię drzew słońce. 


Jest bardzo ciepło, kładę się pod tarp dosłownie w samych slipach. Mam moskitierę, która doskonale chroni mnie przed owadzim tałataństwem. Ziemia jest przyjemnie ciepła, kiedy światło znika całkiem, ptaki milkną, budzi się nowa pora życia leśnych zwierząt. Ja jestem śpiący, zmrużam oczy i odpływam w krainę ciemności. Po jakimś czasie przebudzam się i oślepiają mnie ponad głową dwa silne promienie światła, co jest? Pierwsza myśl - ktoś przyszedł, nie zgasiłem latarki? Mija kilka sekund, wzrok rozbudza się i wyostrza i widzę, że to dwa silne strumienia światła bijące od księżyca, które przebijają się przez korony drzew. Coś niesamowitego, magia, prawdziwa magia. Wpatruję się dobrą chwilę, opuszczam głowę i znowu odpływam. Jednak sen znów długo nie trwa, budzę się słysząc głośne szczekanie niedaleko ode mnie. Nie to nie psy, to sarny. Nie wiedzieliście, że sarny szczekają? Ja już to wiedziałem i latem praktycznie na każdym leśnym biwaku słyszę ich szczekanie bardziej lub mniej intensywnie. Można je pomylić z psim szczekaniem, są jednak pewne różnice, które łatwo wyłapać. Sarny zazwyczaj ostrzegają w ten sposób swoją brać o niebezpieczeństwie, czy wyczuły mnie? Całkiem możliwe. Być może były tez inne powody. Ich szczekanie z większą lub mniejszą intensywnością trwa do świtu. Dlatego bardziej drzemię niż śpię. Po czwartej zaczyna się kolejny magiczny spektakl, na scenie podlaski wschód słońca. Wygrzebuję się z legowiska, jest bardzo ciepło nie muszę nawet nic zakładać i ruszam bez biletu na sztukę. Widok mam wspaniały. Z obozu mam kilkadziesiąt metrów do końca linii drzew i przede mną panorama na pola okute delikatnie mgłą. Po środku pola jeden samotny, jak zaczarowany drewniany domek. 


Słońce zmienia swoje kolory a okrąg wschodzącego słońca wznosi się coraz wyżej. Wciągam nozdrzami wspaniałe rześkie powietrze. Zawracam, za plecami promienia światła wpadające między drzewa oświetlają mi drogę - tak, magia. 



Nie czuję zmęczenia i w zasadzie nieprzespanej nocy. Wstawiam wodę na śniadanie i włączam moje małe radyjko. Siadam przed plandeką i chłonę budzący się do życia las. Zajadam owsiankę i popijam mocną kawą, w radio leci kawałek Boba Dylana "Shelter From The Storm". Prognozy zapowiadają silne burze, co za pasująca na dziś piosenka.

Byłem kompletnie wyczerpany, zasypany gradem,
Zatruty w gęstwinach i wyrzucony na szlak,
Polując jak krokodyl, dewastując kukurydzę.
"Wejdź," powiedziała,
"Dam ci schronienie przed burzą."


Słucham kolejnych zwrotek, w tle śpiewają poranne ptaki. Jak ta muzyka w połączeniu z tym ptasim koncertem pasuje do siebie. Jakie to jest piękne, harmonijne, nie mogę w to wręcz uwierzyć. Opanowuje mnie niesowity stan harmonii, przychodzi myśl, jaki ja jestem teraz cholernie wolny, dźwięki zadziałały jak katalizator. Jestem spokojny i szczęśliwy i nie oddałbym tej chwili za żadne pieniądze. Tak - magia.


Zwijam się dosyć szybko, chcę ruszyć w drogę póki jeszcze temperatury znośne i nie ma burz. Po dwóch kwadransach wyjeżdżam z lasu na asfaltową drogę i jadę w kierunku Romanowa, zostało mi kilka kilometrów. Jest niedziela, na drogach pusto. Jest sielsko i przyjemnie. 


W pewnym momencie dzieje się coś niesamowitego. Duży bocian ląduje na środku pustej drogi kilkadziesiąt metrów ode mnie i spogląda w moją stronę. Nagle wszystko jakby milknie, kiedy się zbliżam do niego, ten nieśpiesznie startuje z drogi i leci tuż nad nią, jakby chciał być moim przewodnikiem. Szybuje może 15 może więcej sekund, nie liczyłem, byłem pochłonięty tym co widzę. Tak, magia. 



Romanów i dworek Kraszewskich niczym mnie nie zaskakuje, jest tak samo, cicho i spokojnie. Budynek dworku, dziś muzeum J.I. Kraszewskiego w remoncie, na zewnątrz zarówno od frontu, jak i od parku stoją rusztowania. Odwiedzam kaplicę Kraszewskich i przechadzam się parkowymi alejkami wspominając spędzone tu chwile. 



Czas ruszać dalej. Jadę w kierunku miejscowości Hanna, tam podziwiam świeżo odnowiony przepiękny zabytkowy drewniany Kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Niewiele zachowało się w Polsce takich perełek. 


Dokupuję w pobliskim sklepie wody i już jadę dalej, tym razem na północ, doliną majestatycznego Bugu. Mijam po drodze nadbużańskie Sławatycze i zapuszczam się w nadbużną osadę Mościce zamieszkiwaną niegdyś przez Oleandrów. To miejsce jest niesamowicie dzikie i piękne. Niewyobrażalne dla mnie jest, jak niegdyś ci osadnicy zdołali ujarzmić tutejszą naturę i gospodarzyć z powodzeniem na tych ziemiach. Do dziś pełno tu starorzeczy, podmokłych gruntów zalewowych i gęstej łęgowej roślinności. Dziś po osadnikach nie ma już śladu, żyje tu garstka mieszkańców oraz trochę przyjezdnych z Polski mających tu swoje letnie posiadłości. Przebijam się przez te wszystko jedną jedyną drogą. W końcu dojeżdżam do koryta Bugu, dziś granicy między Polską i Białorusią. Przypominają o tym słupki graniczne widoczne z oddali. 


Bug tu ładnie zakręca tworząc spore kolano, nad brzegiem jeden wędkarz, a na horyzoncie pracujące maszyny rolnicze na okolicznych polach. Chcę brzegiem rzeki dojechać do Jabłecznej, przebijając się przez nieokiełznaną dzicz. Do pewnego momentu udaje mi się to, w połowie drogi niestety zatrzymuje mnie duże jeziorko, które wyrosło jak spod ziemi. Nie mogę go objechać rowerem, nie jest to możliwe. Taka jest dolina Bugu, zmienna, nieokiełznana, dzika. Spoglądam jeszcze na wysoką skarpę po przeciwnej stronie rzeki, widok jest iście majestatyczny i piękny. 


Wycofuję się, zawracam, czasami tak po prostu trzeba. Do prawosławnego klasztoru w Jabłecznej dojeżdżam w promieniach rozpalonego południowego słońca. Chowam się w cieniu jednego z ogromnych dębów, przyozdobionym w święte obrazki i krzyże. Ta ostoja prawosławia na ziemiach Polski przetrwała wszystkie zawieruchy dziejowe i trwa jak te dęby, niewzruszona na upływający czas. Byłem tu już wielokrotnie, chwila zadumy i mogę ruszać dalej. 



Dobrze, że mam wodę, jest arcy-upalnie, na szczęście jest wiatr, który mimo, że wieje w twarz cały czas i hamuje, to jednocześnie chłodzi mnie i pozwala na dalszą jazdę. Kiedy już opadam niemal z sił, w uszach słyszę słowa piosenki z rana:

I jeśli znów minę tę drogę, możesz spokojnie odpocząć
Dla niej zawsze zrobię wszystko co w mojej mocy, masz moje słowo 
W świecie stalowo-okiej śmierci i ludzi, którzy walczą by się ogrzać. 
"Wejdź," powiedziała, 
"Dam ci schronienie przed burzą."

Uciekam więc przed burzą, stalową śmiercią na drogach i wierzę, że dojadę do schronienia przed tym piekłem z nieba. Ostatni dłuższy postój robię w miejscowości Zabłocie w cieniu pięknej, choć trochę dotkniętej zębem czasu cerkwi św. Mikołaja.


Do domu coraz bliżej, choć zostało mi jeszcze sporo kilometrów do przejechania. Walczę jednak pokornie ze swoimi słabościami z tą samą pieśnią na ustach.

I jeśli znów minę tę drogę, możesz spokojnie odpocząć 
Dla niej zawsze zrobię wszystko co w mojej mocy, masz moje słowo 
W świecie stalowo-okiej śmierci i ludzi, którzy walczą by się ogrzać. 
"Wejdź," powiedziała, 
"Dam ci schronienie przed burzą."

Wróciłem z czymś, co trudno nazwać, to stan między spełnieniem, katharsis a doświadczeniem sztuki cierpienia, poczuciem, że żyję, naprawdę żyję. Nie da się tego kupić, nie da się zaplanować. Tak działa droga, to ona rodzi mądrości, przeżycia i doświadczenia.

Burzy nie było, przeszła bokiem.



📝 Ciekawostka. Białowieża i Puszcza Białowieska w 1936 roku

Niedawno odkryłem kilkanaście kolejnych ciekawych zdjęć ze zbiorów znanej przedwojennej fotografki Zofii Chomętowskiej. Zainteresował mnie szczególnie z wiadomych przyczyn jej reportaż foto z wizyty w 1936 roku w Białowieży i Puszczy Białowieskiej. Na zdjęciach możemy zobaczyć m.in. nieistniejący już pałac carski w Białowieży oraz żubry i puszczańską przyrodę. Przy okazji tych zdjęć widzę, że ciotka, miała podobne upodobania, co do sposobu kadrowania przyrody i miejsc.







































🌳Znikający las


  To, co było tylko na papierze w formie planu, dziś jest realizowane od blisko roku w realu. Już na planie urządzania lasów na najbliższe lata w mojej okolicy, liczby pokazujące skalę planowanej wycinki robiły na mnie wrażenie. Wartości te podniosły się  o 1/2 lub co najmniej 1/3 w stosunku do ubiegłego 10-lecia.



 Jednak cyfry cyframi, a oglądanie tego w realu to zupełnie inna sprawa. Z każdą moją następną wędrówką do lasu zauważam nowe zręby, nie poznaje znanych mi od lat miejsc, widok to dla mnie strasznie smutny. Ja rozumiem, las gospodarczy, plany, pieniądze, jednak dla mnie, miłośnika przyrody to zatrważający obraz. Znikają całe fragmenty lasu, często niezwykle cenne przyrodniczo a już na pewno krajobrazowo. W pobliżu zrębów nie brakuje pomników przyrody, pod piłami padają fragmenty lasów, które swoim wiekiem i różnorodnością bardzo zbliżyły się do lasu o charakterze naturalnym.


Szkoda, że dla Lasów Państwowych najważniejszym zadaniem, jest jedynie wycinanie i sadzenie nowych drzew. Walory społeczne, przyrodnicze i inne schodzą zupełnie na drugi a nawet trzeci plan. Następne pokolenia nie wiadomo nawet, czy choćby w niewielkim fragmencie będą mogły zobaczyć las jaki znamy dziś. Nie pozostawia się bowiem żadnych wyjątków, tnie się wszystkie jego części, nie planuje się nowych form ochrony. Dlaczego?



Lasom Państwowym zależy na pozyskiwaniu dużej ilości zdrowego, wartościowego drewna, a nie wyłączaniu fragmentów lasów z użytkowania i dobrowolnego zmniejszania tym samym przychodów z tego tytułu. Tyczy się to nie tylko lasów koło mnie, ale obecnie każdego lasu w Polsce, który nie jest objęty żadną formę ochrony.

 Las to nie tylko wartości gospodarcze, jego funkcjonowanie nie może być związane tylko z przychodami, które wyznacza ilość pozyskanego surowca. Nie wiem ile musi jeszcze minąć czasu, aby nasze państwo umiało wypośrodkować zarządzanie tak dużym dobrem, jakim są nasze lasy. Myślę, że my jako społeczeństwo powinniśmy mieć zdecydowanie większy wpływ na to, co robi się z naszą przyrodą, niestety obecnie wpływ ten mamy znikomy, żeby nie powiedzieć zerowy.

📝 Zawsze po to samo



   Wyjść, zobaczyć, zatrzymać się, poczuć, doświadczyć, usłyszeć, odkryć. Ruszyć tam, gdzie wszystko nowe, tajemnicze, niepoliczone, niczym nieograniczone, otwarte i prawdziwe. Cisza, życie, wkoło życie i ja żyję, to miejsce, ten raj, na wyciągnięcie ręki. Sens tylko w niebie i ziemi, wodzie i gwiazdach w niej odbitych. Zapach ognia, smak przygotowanej strawy. Radość, nieobliczalna, świadoma, jak nigdy dotąd, lustrzana z każdym spojrzeniem przed siebie. Tyle mnie samego, ile prawdziwej harmonii dookoła. Porządek, czystość, świeżość, odnowa. Trzy głębokie wdechy i trzy wydechy. Zabieram, zostawiam, nasiąkam, wypuszczam, co stracone. Wracam, ciągle wracam. Jestem, zostaję, zmierzam, idę, ciągle idę. Nie zapominam, nie chcę zapomnieć, więc wracam, znów idę, po to samo, po to co zwykle.

📝 Poczuć i uchwycić bezcenny smak wolności



   Początek i koniec drogi zawsze wiąże się z pewnymi wyborami. Jedni wolą monotematyczność, skupienie się na jednym typie wędrowania, ja miałem zawsze z tym problem, a może nie problem a inne potrzeby. Z natury od zawsze lubiłem próbować czegoś nowego, nigdy nie potrafiłem zawężać swojego horyzontu tylko do jednej rzeczy, czy jednego tematu. Kiedy przez kilka dobrych lat poświęcałem czas na rozwijanie swoich wędrówek rowerowych w końcu doszedłem do momentu, kiedy zwyczajnie się w tym wypaliłem, mimo że mogłem planować coraz ambitniejsze cele, jakoś pedałowanie przestało mi sprawiać tą dotychczasową przyjemność, brakowało iskry, potrzebny był odpoczynek. Naturalną koleją losu przystopowałem więc z rowerem a zacząłem, co ciekawe nigdy niezbyt lubianych wcześniej wędrówek pieszych i znów wsiąkłem. Jednak nie zerwałem całkiem z rowerem, po prostu dorzuciłem nowy temat, a czas wypośrodkowałem. Ja potrzebuję tak samo różnorodności, jak wciąż nowych doznań. Dziś wiem, że choć nie rozwinę się mega w jakiejś jednej dziedzinie, to zyskam zaspokojeniem moich wewnętrznych potrzeb, które zawsze bardziej lub mniej dążą do poczucia wolności w drodze. Nie lubię siebie szufladkować, ani jak ktoś mnie szufladkuje. Sowa a tak, to ten od rowerów, a tak to ten od przyrodniczych wędrówek, a to ten od historii, różnie byłem kojarzony w środowisku na przestrzeni lat. Wiem, że taka jest natura człowieka, aby klasyfikować, podporządkowywać, nadawać etykietę, tak jest łatwiej porządkować świat wokół siebie. Ja jednak lubię uciekać od tego schematu, nie dla chęci wyróżnienia siebie w jakiś sposób, tylko z prostej przyczyny, życia w zgodzie z samym sobą. To wcale nie jest takie proste, żyć w zgodzie z samym sobą. Nigdy nie lubiłem się ograniczać, ani nigdy też nie lubiłem być ograniczany. Wolałem zawsze sam decydować o tym co robię, nawet kosztem tego, że te decyzje nie zawsze okazywały się słuszne. W pewnym etapie swojego życia uznałem, że jest ono za krótkie, aby ograniczać swoje wybory. Za dużo jest ciekawych rzeczy do zrobienia, aby przyjąć tylko jeden schemat czy model działania, dużo się bowiem na tym traci. Celem mojego wędrowania jest od zawsze odkrywanie wciąż nowych rzeczy na zewnątrz, ale i wewnątrz mnie samego. Jeśli tego chcę, muszę mieć wciąż otwartą głowę i gotowość do podejmowania wciąż nowych celów i wyzwań. Jednak jakie one nie byłyby, zawsze ważna była i jest dla mnie determinacja i upartość w działaniu. Zawsze wolałem powalczyć o coś, niż poddać walkowerem. Co ciekawe w większości przypadków, wszystkie moje ambitniejsze cele na wędrowanie okazywały się nie tak trudne w przygotowaniu czy realizacji, jak wydawało mi się na samym początku. Największą przeszkodą jest zawsze to co siedzi w naszej głowie. To czy nam się coś uda czy nie zależy głównie od tego, jak mocno potrafimy pokonać swoje lęki i obawy i uwierzyć w swoje możliwości. Mając otwartą i chłonną głowę, potrafimy mieć większy dystans do oceny sytuacji i zdecydowanie świadomiej podejmuje się decyzje i wybory. Choć są one tak naprawdę zawsze trudne, to jednak jestem w stanie ich dokonać w zgodzie z samym sobą. Ruszam gdzieś, bo mam konkretne potrzeby, wiem czego chcę, wiem co może mnie czekać, co mogę zyskać i stracić. Droga powinna nieść moim zdaniem dużo odpowiedzi, ale i tak samo, jak nie więcej pytań. Kiedy za sobą nic nie niesie od początku do końca, to nie ma ona dla mnie sensu. Nie ma sensu wstawać z fotela po głębsze doznania, nie poszukując, bo nigdy się ich w tym wypadku nie doświadczy. Dlatego nie ważne czy jadę rowerem, czy idę pieszo. Czy pokonuje 10 km czy 1050 km. Ważne jest, że mam potrzebę ruszenia na spotkanie z tym, co nieznane, po to aby próbować zrozumieć nasz świat jeszcze bardziej, uchwycić coś co było mi do tej pory nieznane, aby poczuć po raz kolejny bezcenny smak wolności.

📝 Dzikie przemyślenia noworoczne

Puszcza Białowieska zimową porą

   Dobrze jest wejść w nowy rok mocnym krokiem, który da bodziec do dalszego działania przez kolejne 364 dni. Rok temu uświadomiłem sobie, że jeśli chcę zacząć naprawdę coś nowego, muszę być tam, gdzie spotkam niczym nie zmąconą prawdę i czystą pozytywną energię. A co jest bardziej prawdziwe i naładowaną dobrą energią niż natura? Ubiegłoroczne powitanie roku w totalnej głuszy Puszczy Białowieskiej pozwoliło mi na duchowe zatrzymanie, pomyślenie i uświadomienie, że nasze życie, aby było naprawdę naszym życiem, trzeba w końcu nauczyć się przestrajać swoje myślenie na fale, które są nadawane w nas samych. W życiu niestety za często słuchamy innych, a za mało wsłuchujemy się w samych siebie. Życie zmusza nas do ciągłego dostrajania się do fal narzucanych przez innych ludzi i system w jakim się znajdujemy. Żyjemy w przekonaniu, że tak już jest, bo tak widocznie musi być i wszyscy zdroworozsądkowi ludzie o tym przecież wiedzą. Większość zawsze ma rację, nawet jak jej w rzeczywistości nie ma. Żyjąc w kapsule komfortu i bezpieczeństwa musimy przytakiwać głowami i płacić za to praniem naszych głów z indywidualności i marzeń. Zamknięty krąg fałszywych emocji pompowanych przez konsumpcyjne życie dostarcza prąd do ekranu, który automatycznie wyświetla napis na naszym czole "szczęśliwy". Po jakimś czasie mimo, że napis wciąż się pali, to targa nami uczucie, że coś jest nie tak, dochodzą nas wątpliwości, że to jest nieprawdziwe, a przynajmniej nieco zafałszowane. Godzimy się jednak na to, akceptujemy. Cenimy bowiem stabilność i wygodę, po co to zmieniać? Może większe zarobki, nowe auto, nowy dom, nowe meble, egzotyczna wycieczka a może nowa żona czy mąż sprawią, że w końcu odnajdziemy spokój i będziemy naprawdę szczęśliwi? i tak szukamy i szukamy do końca naszego życia. Niestety w miejskich dżunglach zatraciliśmy kompletnie instynkt samostanowienia i nawyku wychodzenia czasem z niej. Z każdą dekadą do przodu coraz bardziej oddalamy się od natury, tracąc świadomość, że to ona jest siłą, która w jakimś stopniu kieruje tak naprawdę naszym życiem. Uciekanie od naszego pochodzenia skutkuje coraz większą frustracją. Nie umiemy uciec od stresu, nie umiemy się skupić, nie umiemy znaleźć sensu w wielu naszych działaniach, odnaleźć się w otaczającym nas świecie i wśród coraz bardziej poronionych reguł, jakimi sami się okręcamy z coraz większą sadomasochistyczną satysfakcją. Karuzela kręci się dalej i siedzimy w niej mocno osadzeni, mimo że jej obroty są coraz większe. Są dwie opcje, albo kręcimy się aż do porzygania i w końcu zgonu, albo wyskakujemy z niej, potrafimy w ogóle to zrobić i próbujemy od początku. Zatrzymujemy się i zaczynamy dopuszczać do głosu samego siebie. Idealnym katalizatorem do uruchomienia tego procesu jest obcowanie z przyrodą i jej prawami, które przecież już dawno temu zostały zapisane w naszych genach. Zaczynamy częściej obcować z naturą, poznajemy ją, doświadczamy, uczymy się z niej. Po jakimś czasie uświadamiamy sobie, że nasze życie nabiera zupełnie innego wymiaru. Problemy albo znikają, albo przestają stanowić barierę nie do pokonania. Nasz umysł staje się otwarty i sprawny jak nigdy dotąd. I nie, nie myśl sobie że to jakieś brednie i naiwne pseudofilozoficzne teorie. W najbardziej rozwiniętych kulturach, udowodniono naukowo już dawno temu, jak niebagatelny wpływ na życie człowieka i jego jakość, ma kontakt z naturą, jedyne co trzeba, aby się o tym przekonać samemu, to zacząć regularnie z nią obcować. Tylko kto w to wierzy tak naprawdę? Wierzysz w to ?. Ja uwierzyłem dopiero jak sam tego doświadczam, kiedy moje życie nabrało zupełnie innej wartości i miary. Dlatego tak ważne dla mnie stało się rozpoczynanie nowego roku właśnie w kontakcie z przyrodą, wiem bowiem, jak mocno ta chwila może naładować akumulatory na cały rok. Nie wierzycie? Spróbujcie kiedyś sami. I nie musi to być 31 grudnia. Każdy dzień jest dobry do rozpoczęcie dobrej zmiany w naszym życiu.